Jarosław Drewa – co dalej z Polpharmą?

Wojciech Malinowski: Fakty są bezwzględne – Polpharma, z bilansem 6 zwycięstw i 24 porażek, po raz drugi w historii występów w PLK zakończyła sezon na miejscu oznaczającym spadek z ekstraklasy.

Jarosław Drewa: Wszyscy – trener, zawodnicy, władze miasta, jak i ja jesteśmy zawiedzeni i smutni, że pod względem sportowym nie udało się utrzymać w ekstraklasie. Od początku sezonu wiedzieliśmy, że będzie ciężko, jednak i tak dominuje smutek, żal, że tak się to zakończyło. W końcówce próbowaliśmy jeszcze ratować sezon zmianami, ale to się nie udało.

Czy po kilku dniach od ostatniego meczu jest Pan w stanie stwierdzić, co można było zrobić inaczej, lepiej, by wyglądało to korzystniej na zakończenie sezonu?

Trudne pytanie. Budżet mieliśmy, jaki mieliśmy. Czasami mówi się, że pieniądze w sporcie nie grają, ale nasz przykład pokazuje jednak to, że grają. Pieniędzy mieliśmy mniej niż w zeszłym roku i nie mogliśmy sobie pozwolić na lepszych zawodników, którzy pozwoliliby nam się utrzymać.

Mieliśmy problemy z CoVid-em, kontuzjami, w trakcie sezonu zmieniliśmy też trenera. Można tylko gdybać, czy jeden, albo dwóch zawodników, albo jeszcze inny szkoleniowiec zmieniłoby oblicze tej drużyny. Dzisiaj takiej jednej, konkretnej decyzji nie jestem w stanie wskazać.

Przed sezonem, gdy orientacyjnie porównywano budżety i zatrudnionych graczy, jako głównych kandydatów do spadku wskazywano Polpharmę i HydroTruck Radom, co potwierdziło się potem na parkiecie. Co Pana zdaniem radomski klub zrobił lepiej od was, że był w stanie się utrzymać w PLK?

Ciężko mi to jednoznacznie porównać, gdyż nie wiem dokładnie, jak zespół z Radomia funkcjonuje. Mogę tylko powiedzieć, że my ze swojej strony staraliśmy się utrzymać i zrobiliśmy wszystko, żeby tak się stało.

Nie pamiętam w tym momencie, czy HydroTruck miał problemy z koronawirusem (była taka sytuacja w październiku – red.), ale cały czas będę powtarzał, że u nas od tego wszystko się zaczęło. Zawodnicy praktycznie przez miesiąc byli uwięzieni w domach i nie mogli trenować w najważniejszej części przygotowań do rozgrywek. Rozegraliśmy tylko jeden sparing, a ligę zaczęliśmy po dwóch dniach treningów.

Jeszcze pierwszy mecz z zespołem z Ostrowa wyglądał poprawnie, potem na świeżości wygraliśmy właśnie z Radomiem i powalczyliśmy w Lublinie. Potem jednak zaczęła się równia pochyła i drużyna wyglądała coraz gorzej. Coraz mocniej wychodziły też braki w zgraniu i przygotowaniu.

Radom trafił też z transferem Jabariego Hindsa, moim zdaniem był on jednym z najlepszych zawodników w lidze. Przyszedł w odpowiednim momencie i okazał się strzałem w dziesiątkę. Tak naprawdę, ich gra kręciła się wokół niego i zrobił dużo dla tej drużyny, by się utrzymała naszym kosztem.

Podczas „równi pochyłej”, przy bilansie 1-9, zdecydował się Pan na zmianę trenera – Robert Skibniewski zastąpił Marka Łukomskiego. Wtedy, na początku listopada, Pana decyzja była szeroko komentowana, nie tylko z uwagi na problemy przedsezonowe, o których Pan wspominał, ale także bardzo wiele meczów rozgrywanych na początku rozgrywek na parkietach rywali. Z perspektywy kilku miesięcy – czy była to rzeczywiście potrzebna decyzja?

Nie żałuję tamtej decyzji. Po przyjściu trenera Skibniewskiego widać było, że już od pierwszego spotkania drużyna zaczęła lepiej funkcjonować i grać. Później kontuzje Jareckiego i Olisemeki, a także sytuacja z Jamesem Washingtonem nie pomagały, ale nie żałuję.

Przyznaję, że trener Łukomski miał utrudnione zadanie z powodów, o których rozmawialiśmy. Nie widziałem jednak szans na to, że jest on w stanie jeszcze coś z tą drużyną zrobić. Wziąłem trenera na rozmowę i rzeczywiście, tak jak on sam wspomniał w wywiadzie, dałem mu jeszcze 2 mecze i dopiero po ewentualnych porażkach miałem dokonać zmiany.

Pomiędzy tymi dwoma spotkaniami było jednak dużo czasu, 9 dni. Powiedziałem, że chciałbym w tym czasie zobaczyć coś, co może dać jakieś światełko w tunelu, że będzie lepiej. Moim zdaniem jednak po tym, co widziałem na treningach, a także na meczu w Toruniu, nic takiego się nie zapowiadało.

Zdecydowałem się zatem nie czekać, szczególnie że czekający nas mecz w Bydgoszczy był takim, w którym można było walczyć o zwycięstwo. Już z trenerem Skibniewskim na ławce byliśmy bardzo blisko, wygrywaliśmy w 4. kwarcie różnicą 8 punktów, jednak ostatecznie przegraliśmy.

Możemy sobie oczywiście gdybać, co by było, gdyby trener Łukomski został. Decyzja o jego zmianie była moją najtrudniejszą w mojej dotychczasowej pracy, nie była jednak podjęta z dnia na dzień, dojrzewałem też do niej od pewnego czasu. Miałem też zapytania ze strony sponsorów i miasta, czemu sytuacja wygląda tak źle. Musiałem zatem podjąć tę ryzykowną decyzję.

Na końcu okazało się, że z trenerem Skibniewskim ekstraklasy nie udało się utrzymać, ale mimo wszystko nie żałuję. Uważam, że wykonał on dobrą pracę u nas, to jednak nie wystarczyło.

Czemu wtedy w listopadzie wybór padł właśnie na Roberta Skibniewskiego? To jednak rzadkość, że do walki o utrzymanie w lidze zatrudnia się w trakcie sezonu trenera-debiutanta?

Dostępnych kandydatur na rynku nie było zbyt wiele, szczególnie przy naszych ograniczeniach budżetowych. Ja chciałem też szkoleniowca, który zna polską ligę i nasze realia. Były oczywiście jakieś kandydatury trenerów z zagranicy, jednak zdecydowałem się na trenera Skibniewskiego. Znaliśmy się prywatnie, ale przede wszystkim wiedziałem, że jest bardzo mocno zaangażowany w swoją pracę i chce być pierwszym trenerem. Dostał też bardzo dobre opinie z Dąbrowy Górniczej, a także z reprezentacji od trenera Mike’a Taylora.

Po pierwszym telefonie do trenera Skibniewskiego przedstawiłem mu sytuację i on bez wahania odpowiedział, że chce się tego podjąć tego zadania, gdyż jest to dla niego szansą.

Uważa Pan, że znajomość ligi i polskiej realiów jest na przykład ważniejsza od doświadczenia trenerskiego?

Realia są proste, za doświadczenie się płaci ogromne pieniądze. Nie mając takich, trzeba szukać kogoś nieprawdopodobnie ambitnego, kto będzie chciał walczyć o cel i dopiero budować swoją renomę.

Mówił Pan o waszym rozczarowaniu, a także miasta i sponsorów. Jak zatem w tym momencie wygląda sytuacja i perspektywy na przyszłość w klubie?

Jak wiadomo, Polpharma niestety wychodzi ze sponsoringu i jesteśmy na etapie rozmowy z potencjalnymi firmami, które mogłyby ją zastąpić. Na razie czekamy na efekty tych negocjacji i dopiero wtedy będziemy mogli powiedzieć więcej, co dalej z koszykówką w Starogardzie.

Cały czas jest pełne wsparcie ze strony miasta, które chce, by koszykówka u nas przetrwała. Nasza przyszłość uzależniona jednak jest od tego, czy znajdziemy nowego tytularnego partnera, czy nie.

Gdy mówi Pan o „przetrwaniu koszykówki w Starogardzie”, to ma Pan na myśli przetrwanie klubu na poziomie ekstraklasowym, czy przetrwanie w ogóle, na poziomie profesjonalnym?

Myślę, że nie ma takiego zagrożenia, gdyż miasto jest bardzo zaangażowane i chce, by koszykówka w Starogardzie była. Kwestia sponsorska zadecyduje jednak, czy będzie to ekstraklasa, czy może 1. liga.

Czym w tym momencie może Pan ewentualnego nowego sponsora przekonać, skoro klub akurat zakończył rozgrywki na ostatnim miejscu?

Między innymi dlatego te negocjacje są takie trudne. Trochę odbijamy się od drzwi, kilka innych rozmów zakończyło się fiaskiem. Pandemia niestety nie pomaga, każda poważna firma liczy teraz uważnie pieniądze i sport jest ostatnią rzeczą, na które ludzie wykładają środki. Nie jest zatem łatwo, w tym momencie czekamy na odpowiedzi od kilku firm i wtedy okaże się, co wydarzy się dalej.

Wiadomo, że nie jesteśmy dużym ośrodkiem na koszykarskiej mapie Polski. Jednak mamy wspaniałych kibiców, którzy dzielnie nas wspierają, klub słynie z wypłacalności, są to argumenty, które mogą zachęcić potencjalnych partnerów.

Czy ma Pan jakieś sygnały ze strony władz ligi, że w ogóle miejsce w PLK będzie na was czekać? Choćby poprzez wykupienie dzikiej karty?

Na razie skupiamy się na znalezieniu sponsorów. Jeżeli nie będziemy mieli pieniędzy na takim poziomie, to bez sensu jest rozpoczynanie rozmów z ligą. W przeszłości były sytuacje z dzikimi kartami czy zaproszeniami, ale do tego trzeba najpierw spełnić wymagania dotyczące odpowiedniego budżetu.

Nie chcemy też z tym zbyt długo czekać. Mam nadzieję, że do końca kwietnia sytuacja się wyklaruje i będziemy wtedy wiedzieli, w którym kierunku podążamy.

Hipotetyczny scenariusz – znajduje Pan tytularnego sponsora, który może zastąpić Polpharmę, a liga mówi, że nie ma miejsca w ekstraklasie. Co wtedy może się wydarzyć?

Jeśli spełnimy warunki finansowe, będziemy stabilni, to wystąpimy z prośba o rozważenie szans na dziką kartę. Jeśli nie będzie takiej możliwości zbudujemy projekt 1 ligowy, który będzie cieszył oko kibica, angażował młodzież i spróbujemy w kolejnym roku. Wszystko to jednak musi być oparte na stabilnym i realnym budżecie, nie wirtualnych marzeniach.

Od kiedy wiedzieliście, że Polpharma wycofa się ze sponsorowania klubu?

Od roku, to wydarzyło się na przełomie stycznia-lutego ubiegłego roku, jeszcze zanim ja objąłem stanowisko prezesa. Polpharma wtedy zdecydowała się przekazać wszystkie udziały miastu, które zostało większościowym właścicielem. Padła wtedy też deklaracja, że Polpharma pomoże nam po raz ostatni w sezonie 2020/21.

Już wtedy po raz pierwszy robiliśmy research i rozmowy, jeżeli chodzi o potencjalnych sponsorów. Był to jednak trudny czas, gdy na początku pandemii od razu kilkanaście firm powiedziało nam, że możemy wrócić do rozmów, gdy sytuacja się uspokoi. To jednak nie nastąpiło, a wręcz przeciwnie, można stwierdzić, że problemy się potęgują. Jest to chyba możliwie najgorszy czas do znalezienia nowego, dużego partnera.

Z zewnątrz wasz budżet wyglądał na najniższy w historii występów klubu w ekstraklasie. Czy było to spowodowane mniejszymi środkami ze strony Polpharmy?

Nie, środki z tego źródła były podobne do tych z poprzednich lat. Wycofała się jednak część mniejszych sponsorów, a inni obniżyli swoje dofinansowanie w trakcie pandemii. Budżet w tym sezonie był mniejszy, niż w latach poprzednich. Nie było to jednak spowodowane mniejszymi pieniędzmi ze strony Polpharmy, czy też miasta.

Czym było to spowodowane, że tak późno zdecydowaliście się na zmiany w składzie w trakcie sezonu?

Pierwszą zmianą kadrową była wymiana Samuela Millera, gdy po 4 kolejkach zdecydowaliśmy się go wymienić i udało się to zrobić w miarę sprawnie. Długo jednak trwały poszukiwania jego następcy i tu muszę wrócić do naszych ograniczeń budżetowych. Trenerzy Łukomski i Frank szukali, szukali, szukali, aż ostatecznie zdecydowaliśmy się na Joe Furstingera.

Gdy on się u nas pojawił, to wydarzyła się akurat kontuzja Jacka Jareckiego. Bardzo chcieliśmy wtedy znaleźć gracza z polskim paszportem na pozycję „4”, jednak tych zawodników nie było. A dzwoniliśmy chyba do każdego gracza z ekstraklasy czy 1. ligi, który mógłby nam pomóc.

Jednak tacy gracze, jak Kowalenko, Put, Diduszko, Mielczarek, wszyscy oni byli pod kontraktami i nie do ruszenia. Podobnie wyglądało to w 1. lidze, chociaż stamtąd rozmawialiśmy z jednym zawodnikiem, jednak cena, którą usłyszeliśmy za kontrakt była nie na naszą kieszeń. Graczy z polskimi paszportami szukaliśmy nawet po NCAA i w innych ligach zagranicznych, jednak to też nie przyniosło powodzenia.

Potem doszła sytuacja z Jamesem Washingtonem, który przyszedł do klubu i powiedział, że chciałby odejść, gdyż jest mentalnie zmęczony.

Kiedy to miało miejsce?

Na początku stycznia. Wtedy razem z trenerem Skibniewskim wzięliśmy go na rozmowę i powiedzieliśmy, że jeżeli nie czuje się dobrze, to musimy znaleźć jakieś rozwiązanie tej sytuacji. Dodaliśmy jednak, że nie możemy ot tak pozwolić mu odejść, zarówno z powodów finansowych, jak i konieczności znalezienia od razu godnego następcy.

Daliśmy mu dwa dni na przemyślenia, także odpoczynku od treningów. Po dwóch dniach James przyszedł i powiedział, że jest okay, chce zostać i pomóc drużynie w walce o utrzymanie. To nas ucieszyło, gdyż to gracz z doświadczeniem w naszej lidze i miał być jednym z naszych liderów.

Po pewnym czasie sytuacja się jednak powtórzyła, tym razem w momencie, gdy James stracił miejsce w pierwszej piątce na rzecz Sebastiana Kowalczyka, który zaczął lepiej grać, a z nim lepiej wyglądał też zespół. Jednak James i tak grał wtedy po prawie 30 minut.

Raz jeszcze zaczęliśmy rozmawiać i ostatecznie uznaliśmy z trenerem, że jeżeli on ma być niezadowolony do końca sezonu, to lepiej znaleźć dla niego zastępstwo. Ostatecznie James odszedł i od razu podpisał kontrakt w Anwilu.

Wiedzieliście o tym, że podpisze kontrakt we Włocławku?

Dochodziły nas o tym słuchy nieoficjalnymi kanałami. To już jednak nie miało dla nas znaczenia. Wszystko działo się na kilka dni przed zakończeniem okienka transferowego. Nasz wybór padł na innego gracza niż Isaiah Williams, czyli na Nica Moore’a, który w poprzednim sezonie grał w lidze francuskiej.

Byliśmy blisko finalizacji kontraktu, jednak w ostatniej chwili zawodnik stwierdził, że poczeka na lepsze oferty i nie podpisze z nami umowy. Czasu mieliśmy zatem w tym momencie jeszcze mniej, graczy dostępnych na rynku też nie było zbyt wielu i ostatecznie wybór padł na Isaiah Williamsa, który w ramach naszego budżetu wydawał się jedynym sensownym wyborem.

Z zespołu odszedł też Peter Olisemeka.

Tak. Jego problemy z kolanem zaczęły się pod koniec stycznia. Jeździliśmy z nim od lekarza do lekarza, gdyż badania nic nie wykazywały. Ciągle odczuwał ból, jednak mówił, że chce nam pomóc, a my liczyliśmy, że za chwilę wróci i nam pomoże.

W pewnym momencie stwierdziliśmy jednak, że nie możemy długo czekać i zdecydowaliśmy się na Kevina Johnsona. W tym przypadku mogliśmy wziąć tylko gracza, który w przeszłości grał w Polpharmie, żeby nie trzeba było za niego wykupować dodatkowej licencji. Tak naprawdę w grę wchodził zatem jedynie Kevin, może ewentualnie jeszcze Uros Mirković. Z nim też rozmawialiśmy, jednak był on zadowolony z gry w serbskiej lidze, z życia w domu i nie chciał się ruszać.

Zdawaliście sobie sprawę, w jakiej formie przyjedzie do Polski Johnson?

Wiedzieliśmy, że przez rok nigdzie nie grał, zatem spodziewaliśmy się, że nie będzie super przygotowany. Miał być jednak graczem na 10-12 minut, który wspomoże Furstingera na pozycji środkowego i z tej roli moim zdaniem się wywiązał.

Czy rozmawiał Pan o dalszej współpracy z trenerem Skibniewskim, w zależności od scenariuszy, które mogą się wydarzyć?

Odbyliśmy taką rozmowę jeszcze przed jego wyjazdem ze Starogardu. Podsumowaliśmy w niej sezon, a także luźno rozmawialiśmy o dalszej współpracy. Dużo jednak zależy od tego, na jakim poziomie będziemy występować. Nie składaliśmy sobie żadnych deklaracji, ale będziemy w kontakcie i czas pokaże, czy będziemy dalej współpracować, czy nie.

Rozmawiał Wojciech Malinowski